O amerykańskiej uprzejmości na miarę amerykańskiego uśmiechu

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 0 Flares ×

Nie, nie chciałam jechać do USA, ale długo nie trzeba było mnie przekonywać. Ojczyzna McDonaldsa i Forda ujęła mnie swoją uprzejmością, lekkim podejściem do życia, poczuciem wolności, różnokolorową kulturą oraz wszechobecnym American smile.

IMG_0204

Stany Zjednoczone to zlepek różnych kultur z naciskiem na Afroamerykanów, Azjatów, potomków pierwszych przybyszy z Europy oraz Meksykanów, jak również rzeszy doczesnych imigrantów z całego świata. Każdy stan rządzi się własnymi prawami i obyczajami, a USA do tej pory są nieformalnie dzielone na Północ oraz Południe – mieszkańcy północnych stanów są uważani za bardziej powściągliwych w kontaktach międzyludzkich, a ich południowi rodacy cechują się nadzwyczajną uprzejmością, serdecznością oraz gościnnością. Choć to tylko umowny schemat, można jednak w nim dostrzec pewne, powtarzające się cechy u osób pochodzących z tej samej części Stanów Zjednoczonych.

Cześć, jak się masz?

Gdy pierwszy raz doświadczy się amerykańskiej uprzejmości, chociażby mijając się z drugą osobą na ulicy, można doznać niemałego szoku. Zupełnie nieznana osoba pozdrawia cię, mówiąc „Hey, how you doin’?”, kiwa głową, przy tym miło się uśmiecha i wcale nie ma niecnych zamiarów. Takie zachowanie jest typowe w południowej części Stanów – jest to aspekt kulturowy, który nie tylko zmyli każdego przyjezdnego, ale gdy źle zinterpretowany, może prowadzić do niezrozumienia sytuacji przez obie strony, a co gorsza, możemy nieświadomie urazić osobę, która chciała nam jedynie życzyć miłego dnia. Po pewnym czasie można przywyknąć do tej zwyczajnej wymiany kurtuazji, a nawet ją polubić – do tego stopnia, że po powrocie do ojczyzny, możemy przeżyć „odwrotny szok kulturowy”, czyli zderzyć się z rzeczywistością otaczającą nas na codzień w naszym własnym kraju.

Nie dalej jak rok temu sama zderzyłam się z podobnym zjawiskiem – najpierw przeżyłam amerykański szok Karolinie Południowej – wszyscy się uśmiechali, byli dla mnie życzliwi, pomocni, pytali jak się mam i życzyli mi miłego dnia, i nawet jeżeli taka uprzejmość była przez niektórych wyuczona, zawsze pozostawała jednak tym, co rozumiemy przez słowo uprzejmość – przyjaznym podejściem do drugiego człowieka. Niestety, odwrotnego szoku kulturowego doznałam już następnego dnia po powrocie do ojczyzny. Ja, uśmiechnięta od ucha do ucha, z zaszczepionym amerykańskim uśmiechem i przyjaznym podejściem do każdej żywej istoty, zderzam się z nieprzerwalną, odwieczną prawdą o chronicznej niesubordynacji niektórych polskich podmiotów wobec rzekomej narodowej serdeczności – ta niestety zdaje się dawno już nie istnieć, wymarła wraz z tymi podmiotami, które potrafiły uszanować drugiego człowieka, tak po prostu, na porządku dziennym, dając wyraz swojej grzeczności poprzez przyjazne usposobienie oraz dobre maniery.

Nie-sztuczna uprzejmość

Choć niektórzy mogą uznać amerykańską kulturę za przereklamowaną, przesiąkniętą nadmiernym konsumpcjonizmem oraz sztucznością, mało kto spróbuje dostrzec jej prawdziwy charakter i na swój sposób oryginalną strukturę, które kryją się pod powierzchnią „uśmiechniętej maski”.

Pod taką maską potrafią skrywać się różne emocje, nie zmienia to jednak faktu, że mieszkańcy Ameryki są z reguły otwarci, pomocni oraz przyjaźnie nastawieni do ludzi (albo przynajmniej sprawiają takie wrażenie). Taka codzienna amerykańska uprzejmość jest widoczna nie tylko na ulicy – mijając kogoś w alejce sklepowej, możemy często usłyszeć „excuse me” od mijającej nas osoby, która takim zwrotem okazuje nam wyraz szacunku. Panie ekspedientki nie tylko odpowiedzą na nasze „dzień dobry” i miło się uśmiechną, ale również zapytają się jak się mamy, życzą nam miłego dnia i bardzo często zamienią z nami parę dodatkowych zdań, na przykład o pogodzie. A my nie będziemy się musieli zastanawiać czy pani kasjerka była sztucznie uprzejma, ponieważ nie będzie ku temu najmniejszej potrzeby – uśmiech to uśmiech, dobre słowo to zawsze dobre słowo.

Pamiętam jak bardzo byłam zdziwiona na lotnisku w Nowym Jorku, kiedy to co najmniej pięć osób spytało się mnie, czy aby nie potrzebuję pomocy, i choć wcale nie byłam zagubiona, było miło wiedzieć, że zawsze znajdzie się ktoś skory do pomocy. Będąc już w Polsce, a dokładniej w ścisłym centrum Warszawy, widząc jak młoda dziewczyna z trudem próbuje wnieść rower po schodach – niewiele się zastanawiając spytałam „Może pomogę?”, na co z bardzo zdziwioną miną odparła ‘’Nie trzeba.” Ja się nie poddałam, powiedziałam, że to żaden problem, na co dziewczyna przytaknęła nieznacznie i chwilę później usłyszałam ciche „dziękuję”. Do dziś nie jestem pewna, czy była zadowolona z mojej pomocy – wyglądała na bardzo zmieszaną lub zwyczajnie nie dowierzała, że ktoś z miastowego tłumu zaoferował jej pomoc.

Niestety to, co w Ameryce wydaje się oczywiste, w Polsce pozostaje nieczęstym zjawiskiem. Z pewnością jest to wynikiem różnic kulturowych, między innymi na tle wychowania, świadomości, sytuacji w kraju, przyjętych norm społecznych, historii oraz jeszcze wielu innych czynników, które mają istotny wpływ na kształtowanie społeczeństwa. Będąc w USA odniosłam wrażenie, że wykonywana praca nie ma znaczenia, w głównej mierze każdy jest w stanie zdobyć się na ludzki uśmiech, miłą pogawędkę oraz udzielenie pomocy  – czy to urzędnik w banku, czy to pani kelnerka, pan taksówkarz, pracownik lotniska czy szpitala.

Diabeł tkwi w szczegółach

Naprawdę niewiele trzeba, by nawet z rana mieć dobry humor – gdy amerykańska kasjerka pomimo minusowej temperatury ze szczerym uśmiechem i pełnym przekonaniem powie „but the sun is shining!”, nie tylko jej uwierzymy i dostrzeżemy promienie słońca na zachmurzonym niebie, ale jej słowa z pewnością poprawią nasze samopoczucie na resztę dnia.

Zarówno aspekt uprzejmości jak i pomocy są szerzej zakorzenione w naszej kulturze. Zawsze nie chcemy „sprawiać kłopotu” i odmawiamy pomocy, gdy naprawdę jej potrzebujemy, nie wspominając o codziennej uprzejmości. Może warto czasem po prostu się uśmiechnąć do drugiego człowieka? Pomóc komuś i dać czasem pomóc sobie? Być bardziej otwartym do świata, do ludzi, do siebie samego?

  18 comments for “O amerykańskiej uprzejmości na miarę amerykańskiego uśmiechu

  1. ~KK
    20 kwietnia 2015 o 17:34

    KRY.To wszystko prawda.Mam takie same wspomnienia po dlugoletnim pobycie w Ameryce.A U NAS szaro,smutno i nijako.I te ponure spojrzenia zamiast usmiechu.

    • Elif
      20 kwietnia 2015 o 21:24

      To prawda, nasze ulice wciąż wydają się być smutne, ale też dużo zależy od konkretnego miasta. Wrocław, na przykład, zalicza się do tych bardziej uśmiechniętych polskich miast :)

  2. 21 kwietnia 2015 o 00:57

    Podobnie jest w Australii! Dzien dobry, jak sie masz, jak ci mija dzien/wieczor/weekend?
    W Polsce? Hej, co slychac? A stara bieda, a nowa za drzwiami czeka… Mowisz i masz :-)

    To, ze ktos sie usmiecha i jest uprzejmy wcale nie oznacza, ze on/ona sama nie ma problemow, ale slowo daje, ze po miesiecznym pobycie w Polsce mialam serdecznie dosyc narzekania na wszystko.

    Pozdrawiam z Perth :)
    Emilia

    • Elif
      21 kwietnia 2015 o 10:25

      Hey Emilia, dziękuję za pozdrowienia! Jeszcze nigdy nie byłam w Australii, ale sądząc po przyjaznym usposobieniu Australijczyków, na pewno jest tam o wiele więcej uśmiechu niż u nas! :) tymczasem wysyłam dużo uśmiechu z Warszawy :)

  3. ~Azja
    21 kwietnia 2015 o 07:53

    Elif :) potwierdzam :)
    staram się zarażać wszystkich dookoła pozytywną energią i zaczęłam od własnego podwórka :) czyli domu i miejsca pracy :) uczę mojego syna, że uśmiechem można więcej zdziałać :) i nawet ostatnio złapałam się na tym, że mimo, że osiedle na którym mieszkam jest duże to nigdy nie zdarza się ,żebym wychodząc na szybkie zakupy przynajmniej z 10 osobami nie wymieniła uprzejmości typu „dzień dobry” a pięcioma dodatkowo nie porozmawiała :D ale uśmiech zaczął wychodzić ode mnie ;) nie czekałam aż to inni się do mnie uśmiechną :) więc ludzie nie wstydźcie się lekki uśmiech i od razu będzie lepiej na naszych polskich ulicach :D

    • Elif
      21 kwietnia 2015 o 10:35

      W pełni się z Tobą zgadzam – trzeba zarażać uśmiechem innych jak tylko się da i gdzie tylko się da :)

  4. ~dora
    21 kwietnia 2015 o 08:28

    lepsza polska rzeczywistość, niż amerykański styl bycia i życia – to co jest ich, niekoniecznie szczere- niech u nich zostanie, osobiście wolę gorzką prawdę niż słodkie kłamstwo, każdy kraj na szczęście ma prawo żyć po swojemu…

    • Elif
      21 kwietnia 2015 o 10:58

      To prawda, co kraj to obyczaj, ale czasem takie na pozór słodkie kłamstwo w relacji ekspedientka-klient może wcale nie być kłamstwem tylko zwykłą życzliwością. Nie każdy uśmiech musi być szczery, ale każdy uśmiech jest w stanie wywołać szczery uśmiech na twarzy drugiej osoby :)

  5. ~iggi
    21 kwietnia 2015 o 12:02

    Oczywistą oczywistoscią jest fraza że „uśmiech jak i dobro mnożymy dzieląc się nimi że wszystkimi”.
    Tylko

  6. ~sloneczko010981
    21 kwietnia 2015 o 14:02

    Myślę, że w Polsce po prostu nie wypada się uśmiechać na ulicy, bo zostanie się wziętym za osobę co najmniej dziwną. Nie mówiąc o tym, że rozmowa z obcym też nie należy do dobrego gustu. A ja lubię sobie pozaczepiać ludzi na przystanku i choćby o pogodzie zagadać, tak mi się porobiło po wielu latach milczenia. No, ale ja normalna nie jestem, więc mi wolno:). Po prostu jakoś mało otwarci jesteśmy i tyle. Pozdrawiam i zapraszam do siebie!
    http://moje-zycie-z-nia.blog.pl/

    • Elif
      21 kwietnia 2015 o 14:07

      dziękuję za komentarz :) jestem zdania, że czasem warto się uśmiechnąć i zagadać, nawet jeżeli wezmą nas później za dziwaka, pozdrawiam serdecznie!

  7. 21 kwietnia 2015 o 14:34

    Fajnie… Choć szczerze mówiąc nie narzekam na życzliwość i sympatię rodaków. Przyznam, że spotykam czasem osoby uśmiechnięte, deklarujące komuś pomóc itd. Pozdrawiam cieplutko :)

    • Elif
      21 kwietnia 2015 o 14:44

      To prawda! U nas także jest sporo życzliwych osób, skorych do pomocy i uśmiechniętych, jednak ja, przynajmniej w stolicy, widzę dużo osób wciąż niezadowolonych, zabieganych i w ciągłym pośpiechu, ale to pewnie przez wszechobecną dynamikę miasta. Pozdrawiam serdecznie! :)

  8. 21 kwietnia 2015 o 15:20

    Hej! Bardzo ciekawy wpis.. Ja mam swoje trzy grosze do dodania;) Mieszkam w Hiszpanii. Tutaj ludzie są o wiele bardziej podobni do Amerykanów z Twojego opowiadania (mówię tak, bo nie byłam w Stanach i nie mam własnej wersji) niż do Polaków. Jednak ja jestem tak naiwna, że (po odpowiednim czasie adaptacji do hiszpańskich, uśmiechniętych i życzliwych realiów) przestałam w ogóle odbierać jakiegokolwiek kontaktu jako czegoś dziwnego. Co mam na myśli? Mianowicie płeć przeciwną ;) Wdawałam się w „przyjacielskie”, „pozytywne”, „uśmiechnięte” gadki z – często – nieznajomymi, a potem okazywało się, że to, co z mojej strony było nabytą hiszpańską uprzejmością, z ich strony było PODRYWEM, a potem na dodatek się dziwili, dlaczego nie chcę się jeszcze raz z nimi spotkać. Żeby było jasne – mam chłopaka i nie szukam żadnych przygód. Czasami taka nadmierna gadatliwość też może doprowadzić do niezręcznych sytuacji ;) Dlatego teraz jestem trochę bardziej ostrożna i nieufna, jeśli nie pogadam z kimś miłym to trudno, ale przynajmniej będę bezpieczna i bez potencjalnych adoratorów (a wiadomo, że na świecie są różni ludzie i zarówno mój chłopak jest spokojniejszy wiedząc, że nie wdaję się w pogawędki, ja się czuję bezpieczniej, a adoratorzy nie mają ze mną problemu, bo z nimi po prostu nie rozmawiam ;)

    • Elif
      3 maja 2015 o 10:03

      tak samo jest z Turkami, dla których czasami jeden uśmiech jest wyznaniem miłości, dlatego doskonale Cię rozumiem, ale to już temat na kolejny artykuł :) Pozdrawiam serdecznie!

  9. 12 maja 2015 o 14:09

    Nie wiem, ile w tym prawdy, ale często używa się sformułowania, że naród amerykański jest narodem szczęśliwym. Wiele wynika z tego o czym wspomniałaś w notce, z uśmiechu i pozytywnego podejścia do życia. To jak wygląda nasze życie zależy przede wszystkim od tego jakie emocje będą dominowały w naszej codzienności. Myślę, że wiele moglibyśmy nauczyć się od Amerykanów. Osobiście chciałabym, aby Polacy nauczyli się od Amerykanów – pewności siebie, dzięki której człowiek jest w stanie osiągnąć w życiu więcej, ponieważ dzięki niej nie kwestionuje się na każdym kroku, tylko działa i realizuje swoje marzenia.

    • Elif
      12 maja 2015 o 14:24

      zgadza się – chyba najbardziej brakuje nam tej śmiałości w dążeniu do osiągnięcia celów i spełniania marzeń, i właśnie dużo zależy od tego jak żyjemy na co dzień i w jakim środowisku się obracamy. W Stanach spełnianie marzeń wydaje się o wiele łatwiejsze i choć w głównej mierze zależy to od warunków, jakie umożliwia państwo, to jednak wszechobecny uśmiech też odgrywa w tym sporą rolę:) pozdrawiam

      • 13 maja 2015 o 21:40

        Optymistyczne jest to, że człowiek jest na tyle elastyczny w swoim działaniu, że jeśli tylko chce to jest w stanie nauczyć się wszystkiego, w tym także pewności siebie oraz potrzebnej śmiałości:) Nawet jeśli istnieją pewne trudności w postaci nieprzyjaznego środowiska w którym funkcjonujemy, bo w istocie to jak żyjemy bądź chcemy żyć zależy od naszej wewnętrznej determinacji i osobistych przekonań. Najtrudniej jednak pozostać przy swoich postanowieniach, niezależnie od presji otoczenia i uwierzyć, że kierunek wybrany przez nas w życiu jest właściwy. Wierzę jednak, że wszystko jest możliwe:) Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 0 Flares ×