Autostopem przez Puerto Rico

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Filament.io Made with Flare More Info'> 0 Flares ×

Plan był prosty – objechać wyspę wzdłuż linii brzegowej, odwiedzić najważniejsze miejsca na PR, pozachwycać się widokami i błękitem nieba, popływać w ciepłym oceanie, zobaczyć las równikowy oraz świecącą plażę i w końcu przekonać się jak trzy kultury zlewają się w jedną – tylko połowa z tych rzeczy się powiodła.

Auto stop?

Wbrew pozorom wcale nie jest trudno złapać „stopa” na tej urokliwej wyspie karaibskiej. Minuty po wyjściu z lotniska w miejscowości Aguadilla mieliśmy już pierwszy transport. Młoda mama z dwójką dzieci przejęła się naszym losem i postanowiła się zatrzymać. Tym sposobem nie tylko podjechaliśmy do sąsiedniej miejscowości w parę minut, ale również dowiedzieliśmy się, iż taki sposób podróżowania po Puerto Rico jest bardzo niebezpieczny. Na pewno miała trochę racji, ale rzeczywistość, przynajmniej dla nas, okazała się łaskawsza (a przynajmniej do któregoś momentu naszej podróży, ale o tym później). Na następny transport też nie czekaliśmy długo – miły pan, który duszą czuł się Amerykaninem, swoją furgonetką pełną roślin bio w doniczkach podrzucił nas pod sam hostel do miejscowiści Isabela. Hostel Tropical okazał się dość przyjaznym miejscem, w sam raz na jednodniowy przystanek po drodze do San Juan.

autospo6

lotnisko w Augadilli

Choć była połowa września, sezon wycieczkowy „lądowych Amerykaninów” na Puerto Rico miał się dopiero rozpocząć. Tym samym my mogliśmy się raczyć względnym spokojem wśród ograniczonej liczby turystów. Tamtego dnia w hostelu byliśmy jedynymi gośćmi, nie licząc jaszczurek chowających się w zakamarkach. Co ciekawe, miejsce naszego pierwszego noclegu wydawało się znajdować w samym środku dżungli, a wystarczyło wyjść do głównej ulicy, by ujrzeć obrazek niczym żywcem wyjęty z „lądowej Ameryki” – mam tutaj na myśli niewielki ciąg cywylizacji w postaci fast foodów i hipermarketu Walmart. Jednak czyhające w zaroślach jaszczurki i wszelkie inne baraszkujące w trawach żyjątka sprawiały, iż w tej nowoczesnej dżungli przez pierwsze dni podskakiwaliśmy usłyszawszy choćby najmniejszy szelest. Ten nieuzasadniony strach został później zastąpiony czystą ciekawością oraz podziwem tej niezwykłej fauny i flory „Bogatego Portu”.

Do San Juan!

Kolejny dzień i kolejny autostop, tym razem prosto do stolicy. Po 15-minutowym postoju zatrzymała się młoda para – „rodowici” Amerykanie, którzy postanowili porzucić dotychczasowe życie w Stanach i przenieść się na słoneczną wyspę. Okazało się, że dopiero od niedawna rezydują na PR. W planach mieli wynajęcie domu, a Puerto Rico zaczęli zwiedzać wypożyczonym samochodem. Kolejne godziny, kolejne auta, w tym 40-letnia singielka po zmiennych kolejach losu, starsze i bardzo miłe małżeństwo z futerkowym różem w aucie – nie mówili po angielsku, ale zanim wysiedliśmy, zdążyli jeszcze odmówić za nas modlitwę, oczywiście po hiszpańsku. Było to dość zaskakujące wydarzenie i jestem niemal przekonana o „specjalnych” zdolnościach starszej pani, która oprócz pięknego śpiewu mogła mieć dar jasnowidzenia. Co zobaczyła? O czym myślała? Czy jej modlitwa miała jakieś szczególne znaczenie czy była tylko tradycyjną praktyką i powtarzającym się rytuałem? Wtedy nie bardzo się nad tym zastanawiałam, uznałam to za miły gest oraz pewien aspekt kulturowy, który z pewnością należało uszanować. Tak też zrobiliśmy, podziękowaliśmy za pomoc i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Kolejnym miłosiernym kierowcą okazał się pan pełniący znaczącą funkcję dla wymiaru sprawiedliwości w San Juan. Swoje dzieciństwo spędził na wyspie, ale w młodości wyjechał do Nowego Jorku, by w końcu wrócić na Puerto Rico dla swojego syna, który parę lat później sam wyprowadził się do Stanów. Przez niespełna półgodzinną drogę udało mu się nas lekko (aczkolwiek skutecznie) nastraszyć ogromem przestępczości w stolicy – ta świadomość sprawiła, że pierwszy wieczór w San Juan opiewał w cykliczne stany lękowe oraz ponadprzeciątną czujność. Nasz ostatni wybawca podwiózł nas pod sam hostel w centrum miasta, przy czym, gdy się z nim żegnaliśmy, jeszcze raz nakazał nam mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Na szczęście wieczór mimo wszystko okazał się pomyślny, w głównej mierze dzięki mofongo (tradycyjna potrawa portorykańska) oraz miejscowemu piwu z muzyką portorykańską w tle, a San Juan po oswojeniu wcale nie wydawało się takie straszne.

Odgłosy dżungli

Świszczenie, świergotanie, śpiewanie, trzepotanie, huczenie, stukanie, szczebiotanie oraz wszelkie inne przyjazne odgłosy na tej karaibskiej wyspie pobudzają wyobraźnię i działają na zmysły wywołując na przemian uczucie a to strachu, a to zachwytu, i znowu strachu i znowu zachwytu. Warto na chwilę się jednak zatrzymać i posłuchać, ale nie tak zwyczajnie – trzeba zamknąć oczy i wytężyć słuch, wsłuchując się w każdy chociażby najmniejszy dźwięk, wtedy to ma sens, inaczej powszednieje.

autostiop5

Niezwykła flora…

Ja dałam się ponieść tym odgłosom pierwszego dnia – wraz z rześkim powietrzem oraz różnymi miejscowymi zapachami tworzą unikalną mieszankę wchodzącą w skład „przepisu miasta”. W tym wypadku nieodłącznym składnikiem okazali się również unikatowi ludzie, uśmiechnięci, zadowoleni, pomocni, nie goniący za lepszym życiem, nigdzie się nie spieszący.

Ta charakterystyczna multi-kultura – bo przecież obok widocznych kultur indiańskiej, amerykańskiej oraz hiszpańskiej, Puerto Rico nosi w sobie również ślady afrykańskich niewolników oraz pierwszych przybyszy ze Starego Kontynentu (te jednak są mniej widoczne) – sprawia, iż samo przebywanie wśród niej jest niepowtarzalnym doświadczeniem, które nie tylko pomaga w lepszym zrozumieniu przeszłości tego miejsca, ale również daje szansę na poznanie interesujących historii każdego z jego mieszkańców.

autostop5

i fauna Puerto Rico

Do czasu pobytu w sercu Puerto Rico (a precyzyjniej mówiąc na północnym wschodzie wyspy, czyli w miejscu najbardziej dotkniętym przez cywilizację), wszystko szło zgodnie z planem. Kierowcy dopisali, pogoda też. Bogatsi o nowe doświadczenia i obcowania z tętniącą życiem fauną i florą wyspy, po obserwacjach zachwycających swoim pięknem miejskich iguan i wszelkich innych jaszczurek, wreszcie po zwiedzaniu urokliwego starego miasta San Juan, ruszyliśmy dalej. Plan zakładał dotarcie do miejscowości oddalonej od San Juan o 40 mil, a dokładniej do Fajardo  – postanowiliśmy nieco ułatwić sobie drogę i skorzystać z minibusa. Jak wielki to był błąd przekonaliśmy się dopiero w środku minibusa, gdzie dostęp do tlenu oraz świeżego powietrza był bardzo ograniczony. Podobnie jak kierowca minibusa, który zaoferował nam transport pod sam hostel pod warunkiem, że dopłacimy 20$. Nie daliśmy się jednak oszukać i z centrum Fajardo do hostelu dotarliśmy na własną rękę. Później okazało się, że taki przejazd kosztował jedynie 1$.

Fajardo, czyli niezbyt urokliwa mieścina, która głównie słynie z możliwości łatwego dotarcia promem do pobliskich wysepek – Culebry oraz Vieques, nie robi dobrego pierwszego wrażenia. Rzekłabym, iż jedynymi przyjemnymi akcentami tego miejsca był kościół Świętego Apostoła na placu Recreo oraz widok z hostelowego tarasu na las równikowy, a właściwie park narodowy El Yunque.

W Fajardo kończy się pierwszy etap naszej podróży. Był to zarazem punkt zwrotny oraz główny prowodyr zmiany naszych planów.

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Filament.io Made with Flare More Info'> 0 Flares ×

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Pin It Share 0 Google+ 0 Filament.io 0 Flares ×